Kontratak – opowiadanie


6 czerwiec 1944 rok

    Zdobyliśmy ten cholerny cypel. Mimo olbrzymich strat w mojej kompanii, zdołaliśmy się jakoś ogarnąć i umocnić na dopiero, co zdobytym terenie. Garcia cały czas był załamany. Nie miałem z nim żadnego kontaktu. Wszyscy byliśmy mocno przygnębieni. Większość z nas przeszła w tym dniu chrzest bojowy, tutaj staliśmy się weteranami.

    Wiedzieliśmy, że Niemcy uderzą. Zbyt ważnym strategicznie punktem był Pointe du Hoc, by mogli pogodzić się z klęską. Sierżant Randall i nasz kompanijny radiooperator Breaburn na okrągło prosili przez radio o wsparcie piechoty. Bezskutecznie.

    Wkrótce Niemcy zaatakowali raz, drugi, i w nocy- trzeci. Ataki te były stosunkowo słabe i szybko je odparliśmy. Mimo to byliśmy pewni, że to jeszcze nie koniec. Po trzech nieudanych natarciach okazało się, że Szkopy szykują czwarte, generalne kontruderzenie na nasz osamotniony batalion, a raczej to, co z niego zostało. Wiedzieliśmy, że będzie to decydujący atak na Pointe du Hoc. Nie mogliśmy za żadną cenę dać się zepchnąć do morza. Zaczęliśmy się gorączkowo umacniać między innymi tworząc silne barykady na strategicznie ważnej drodze nadmorskiej.

    W napięciu okopani czekaliśmy na decydujący atak Niemców…

7 czerwiec 1944 rok

    Od samego rana lało jak z cebra. Widoczność była mocno ograniczona przez padający deszcz. Byłem przemoczony do suchej nitki. Przeklęty deszcz. Morale w kompanii malało z każdą kolejną godziną. Wszyscy czuliśmy się zapomniani, w pewien sposób oszukani przez wyższe dowództwo. Atmosfera była napięta. Byliśmy gotowi do walki.

    Niedługo potem nastąpił spodziewany atak. Niemcy uderzyli na południową barykadę. W kilka chwil na całej szerokości południowej drogi zaroiło się od Szkopów, sam naliczyłem ich niespełna dwudziestu. Sądzę, że był to pluton rozpoznawczy. Trochę dziwiła nas ich pewność siebie, czy wręcz bezmyślność. Dziarsko maszerowali przed siebie, widocznie nie spodziewając się silnego oporu. Szybko popsuliśmy im ten beztroski nastrój.

    Wraz z sierżantem Randallem, Breaburnem, Barbem i Pearson’em utworzyliśmy punkt oporu na naszej barykadzie. Założyliśmy gniazdo karabinu maszynowego i wzięliśmy Fryców ogniem zaporowym. To było jak strzelanie do tarczy. Wróg szybko otrząsnął się z zaskoczenia i rozproszył swój pluton za wszelkie pobliskie przeszkody terenowe. Staraliśmy się przygwoździć ich ogniem, lecz było nas zbyt mało. Niemcy strzelali bardzo celnie w tych niesprzyjających warunkach.

    Wkrótce ponieśliśmy pierwszą stratę w tym dniu. Szeregowy Matthew Barb poległ przy stanowisku karabinu maszynowego. Dostał w szyję. Zanim umarł, jeszcze przez kilka minut dusił się własną krwią. Chrząkał, wymiotował nią, a my nie mieliśmy jak mu pomóc. Cholera, co to był za makabryczny widok. Tamtego dnia pragnąłem tylko, by Bóg pozwolił mi umrzeć szybką, mniej bolesną śmiercią.

    Po nieudanym ataku z południa, Szkopy uderzyły z zachodniego krańca nadmorskiej drogi. Tu również mieliśmy silną barykadę, było nas więcej, lecz i wróg był liczniejszy, na dodatek wsparty transporterem opancerzonym. Było ciężko. Nie mieliśmy w pobliżu żadnej broni przeciwpancernej i niemiecki Hanomag [transporter opancerzony] przygwoździł nas ogniem ze swojego karabinu maszynowego. Mimo to, cały czas broniliśmy barykady i nie pozwalaliśmy nieprzyjacielowi przedrzeć się.

    Martwiłem się o McCloskey’iego. Od momentu ataku Niemców zniknął mi z oczu. Uczyliśmy się w tej samej szkole w Baltimore, razem spędzaliśmy wakacje i chodziliśmy na panienki w Anglii. Bałem się, że spotka go ten sam los, co Joe Aldworth’a i Barba- moich towarzyszy broni. Nie chciałem dopuszczać do siebie tej myśli.

    Niedługo potem doszło do totalnego kataklizmu. Na przeciwległym krańcu drogi pojawił się Tygrys- Szkopski czołg ciężki, prawdziwy postrach aliantów podczas wojny. Sam widziałem jak czołg sforsował żywopłot i wjechał wprost na barykadę, miażdżąc pod gąsienicami naszych chłopaków. Ktoś krzyknął: „Cholera, oskrzydlili nas!”. Miał rację. Pojawienie się na arenie Tygrysa mocno nas zdezorientowało i rozbiło naszą uwagę, co pozwoliło przedrzeć się Niemcom przez nasze umocnienia.

    W obliczu klęski, byliśmy zmuszeni oddać wrogowi nasze stanowiska i wycofać się na pobliskie ogrody, tuż przy bramie do wioski. Pamiętam jak Niemcy deptali nam po piętach. Pole było poprzecinane kamiennymi murkami, które stanowiły świetną osłonę. Nieco po prawej stał zniszczony niemiecki transporter opancerzony- świadectwo zaciętych walk z poprzedniego dnia. Wywiązała się krótka, ostra walka. Fryce, co chwila próbowały nas zajść z flanki, wykorzystując osłonę murków. Mimo to, cały czas utrzymywaliśmy. Po kilkunastu minutach wymiany ognia wycofali się, najwyraźniej zrażeni naszym oporem.

    Nastała krótka chwila ciszy. Spokój ten przerwał jednak zaraz potem głuchy świst, jeden, drugi! Pearson krzyknął: „Kryć się!”. Zaczęły spadać pociski moździerzowe. Wtedy to po raz pierwszy doświadczyłem na własnej skórze efektów ostrzału z tej broni. Do końca wojny byłem zdania, i nadal tak twierdzę, że był to najbardziej przerażający oręż Szkopów. Było tak, dlatego, że przed tego typu pociskiem nie sposób się uchronić. Nie pomoże tu głęboki okop, czy solidna osłona, bo one spadały na nas centralnie z góry! Pociski spadały gęsto i w połączeniu z niosącymi się odłamkami, niosły śmiercionośne żniwo.

    Nie wiem jak długo nas tym zasypywali, ale ta chwila dłużyła się niemiłosiernie. Cały mój oddział rozbiegł się na wszystkie strony. Sam skryłem się w krzakach, skulony. Można było dostać obłędu. Widziałem straszne rzeczy. Ludzie byli rozrywani na strzępy, niektórzy byli pozbawieni kończyn.

    Henry’iemu Benett’owi odłamek wbił się w plecy. Wił się z bólu na środku pola, wzywał matkę, Boga, błagał nas, żebyśmy przyszli po niego. Nikt nie zrobił kroku w jego stronę. Wszyscy baliśmy się spadających niesamowicie gęsto pocisków. Przez kilkanaście minut Benett umierał w męczarniach, by zaraz potem kolejny trafił pocisk go bezpośrednio. Bóg się nad nim zlitował.

    Niektórzy z nas kompletnie postradali zmysły w czasie tej nawały artyleryjskiej. Najbardziej zapadł mi w pamięć Walton, który przysiadł pod murem naprzeciwko mnie. Na zmianę śmiał się i płakał. Biedak nie wytrzymał nerwowo. Chwilę później Walton wstał otępiały… i dopadła go seria z pistoletu maszynowego. Miał już za sobą walki w Afryce Północnej. Uchodził za wyjątkowo dzielnego i odważnego, był już dwukrotnie ranny na przełęczy El-Guettar w Tunezji. To było bardzo smutne. Pieprzona wojna. W końcu ostrzał ustał na dobre. Dzięki Ci, Chryste! Z naszego 15-osobowego oddziału, tylko ośmiu przeżyło to.

    Zanim zdołaliśmy się otrząsnąć, Niemcy zaatakowali nas ze zdwojoną siłą. Ranny w lewe ramię sierżant Randall pozbierał ocalałych i cudem zorganizował prowizoryczną obronę. Nie było możliwości utrzymać tej pozycji. Dostałem rozkaz zajęcia stanowiska karabinu maszynowego w wiosce, w budynku za nami. Miałem osłaniać odwrót resztek oddziału na pierwszą linię obrony klifu. Wszedłem do budynku z szeregowym Rice’em, który miał osłaniać moje tyły. Służyliśmy razem w kompanii, ufałem mu. Wiedziałem, że nie dopuści, by Szkop dobrał się do mojego tyłka, a on z kolei liczył na mnie, że dam z siebie wszystko przy naszym kaemie.

    Zająłem pozycję przy Browningu. Nacisnąłem spust. Zabijanie było dziecinnie łatwe. Z mojej pozycji Niemcy byli niemal całkowicie odsłonięci, jednak pojawiało się ich coraz więcej i więcej. Wpadłem w trans. Po prostu zaciskałem palce na spuście i celowałem do ukazujących się szarych ludzików.. Nic nie czułem, wszystko to było mi obojętne.

    Z tego stanu wyrwała mnie niemiecka kula, która trafiła we framugę okna, dokładnie 15 cm od mojej głowy. Zaraz potem w moim kaemie przegrzała się lufa. Nie mogłem się dalej trzymać w tym budynku. Sierżant krzyknął do mnie: „Dobra robota Taylor! Dołącznie do reszty kompanii!”. Najpierw jednak trzeba było przedostać się przez wioskę. Podszedłem z Rice’em do drzwi wychodzących na główną uliczkę. Stanęliśmy przy drzwiach gotowi do ich wyważenia i… i w tym momencie otworzył je z kopniaka niemiecki oficer, zaskoczony naszą obecnością. Rice pchnął go bagnetem. Polała się krew. Wyszliśmy na dziedziniec i w jednej chwili dookoła zaroiło się od Niemców. Przed naszą kryjówkę wjechał z rykiem szkopski transporter opancerzony z drużyną piechoty. Razem z Billem ruszyliśmy sprintem w stronę cypla. Cholera, to był najszybszy bieg w moim życiu! Nigdy więcej nie powtórzyłem tego wyczynu! Pamiętam, że Rice biegł za mną, lecz bałem się spojrzeć za siebie, by się upewnić. Dookoła mojej głowy świstały kule. To naprawdę cud, że wyszedłem z tego bez zadrapania.

    Dobiegłem w końcu do naszych linii i rzuciłem się w okop. Chłopaki silnie się ostrzeliwywali. Dopiero wtedy rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że Billa nie ma… Spojrzałem w stronę miasta. Miałem nadzieję, że zaraz go zobaczę w bramach wioski, lecz na próżno się łudziłem… Żal mi chłopaka. Był jednym z niewielu optymistów w kompanii, który naprawdę wierzył, że przeżyje to piekło.

    Nasza sytuacja była trudna. Niemcy licznie wyłaniali się zza okolicznych żywopłotów, tudzież z bramy wioski. Wjechały transportery opancerzone, dające wyśmienitą osłonę i stanowiska ogniowe nacierającym Szkopom. O wiele gorsze było jednak to, że zaraz po nich pojawiły się czołgi- dwa Panzery II ustawione w luźnym szyku. Dzięki Bogu, Tygrys zajechał w inny sektor. Czołgi skierowały się na nasze pozycje, chcąc nas rozjechać swoimi gąsienicami. Nasze okopy nie wytrzymałyby czegoś takiego. Wszystko zapowiadało tragedię. Wtem jednak jakiś odważny żołnierz podkradł się i wystrzelił pocisk z bazooki w kierunku czołowego pojazdu. Pocisk spenetrował boczny pancerz i przeszedł na wylot. Czołg stanął w płomieniach. Jego załoga także spaliła się żywcem. Na ten widok drugi Panzer wycofał się na pozycje wyjściowe, by potem ostrzeliwywać nas z karabinu maszynowego.

    Sytuacja stale się pogarszała. Nasze siły wykruszały się z każdą kolejną minutą. Niemcy zdołali poustawiać snajperów i pozakładać gniazda karabinów maszynowych naprzeciwko naszych pozycji. Strach było wychylić czubek głowy, gdyż miało to magiczną moc przyciągania ognia z niemieckich stanowisk. Mieliśmy poza tym fatalną pozycję. Nasze linie były nadmiernie rozciągnięte, co pozwalało Szkopom dokonywać wyłomów w nich. W bardzo szybkim czasie zaczęli tak właśnie robić. Dochodziło do walki wręcz. W pewnym momencie zauważyłem, że kompania Able na prawej flance wycofuje się na drugą linię obrony. Mieliśmy całkowicie odsłonięte prawe skrzydło, przez co nie było szans na utrzymanie tej linii. Byliśmy zagrożeni oskrzydleniem. Musieliśmy wycofać się na pozycję Charlie.

    Powiedziałem wtedy do szeregowego Cooliera: „Dalej Coolier! Potrzebujemy każdej siły ognia! Twój oddział cię potrzebuje, za mną!”. Pobiegliśmy. Wśród latających dookoła kul zdołaliśmy cali dobiec do pozycji, która rozciągała się wokół stanowiska artyleryjskiego i obejmowała jeden bunkier z siecią rozciągających się wkoło okopów. Zająłem stanowisko przy „skrzyżowaniu” linii okopów, koło drewnianego stelażu imitującego działo.

    Wtedy to usłyszałem pierwszą dobrą wiadomość w tym dniu. Breaburn nawiązał łączność z dowództwem. Okazało się, że chłopcy z sektora Omaha są już w drodze, a także zmierza w naszym kierunku wsparcie z powietrza. Do tego czasu, przez pięć minut mieliśmy się bronić za wszelką cenę i nie dać się zepchnąć do morza. Wszystkich nas bardzo mocno podniosło to na duchu. Nareszcie pojawiła się nadzieja na wyjście cało z tego gówna. Musieliśmy dać z siebie wszystko.

    Niemcy nacierali z trzech stron. Niektórzy zdołali się przedrzeć do okopów, lecz nasi chłopcy szybko sobie z nimi poradzili w walce na bagnety. Niektórzy z nas wydawali się polować wręcz na Szkopów. Taki Hagerty jestem pewien, że ustrzelił więcej Fryców, niż ktokolwiek inny w kompanii. Był jedynym człowiekiem, którego znałem, który skrupulatnie robił nacięcia na kolbie za każdego ustrzelonego Niemca. Do końca dnia miał ich już 28.

    Dodatkowo po jakimś czasie do walki znów włączył się Panzer. Cholera, nasz najsilniejszy punkt oporu- południowy bunkier- eksplodował od salwy czołgowej. Nasze siły uszczupliły się do mniej-więcej oddziału. Tym razem załoga jednak nie odważyła się staranować naszych pozycji. Czołg osiadł przy gruzach żelbetowej konstrukcji bunkra i starał się przycisnąć nas ogniem z karabinów maszynowych. Po zniszczeniu bunkra, Szkopy znów zaczęły nas oskrzydlać. Powoli kończyła mi się amunicja do M1. Nasza lewa flanka cały czas się trzymała, dzięki Bogu.

    Nagle sierżant Randall krzyknął do naszej grupy: „Fryce nas okrążyli! Położyć ogień zaporowy i wycofać się na linię wyjściową Charlie!”. Cholera, Szkopy były wszędzie! Bałem się, mimo, że do nadejścia posiłków zostały już tylko dwie minuty. Wróg z fanatyczną zaciętością nacierał na nas. Oni też doskonale zdawali sobie sprawę, że czas gra na ich niekorzyść. Niemcy rzucili na nas wszystko, co mieli!

    Zajęliśmy pozycje przy ostatnim trzymającym się jeszcze punkcie oporu. Był to wielki żelbetonowy bunkier wielopokojowy. Za nami rozciągał się już tylko kanał La Manche. Sytuacja była dramatyczna. Zostało nas zaledwie kilku, w dodatku Niemcy zaczęli nacierać podziemnym przejściem wiodącym do bunkra.

    Wstąpiła we mnie prawdziwa nienawiść do Fryców. Nie mogłem opanować tego uczucia, chciałem po prostu zabijać. Ta chwila wydawała się trwać w nieskończoność. Osobiście w tej furii zatłukłem kolbą w bunkrze niemieckiego oficera. W tym stadium obydwie strony walczyły z pełną nienawiścią w oczach. Hagerty nadal polował na tych swoich Niemców. Skończyły mi się już granaty i amunicja do M1. Byłem skazany na walkę z samym pistoletem.

    Na około pół minuty przed spodziewanym wsparciem z powietrza, sierżant kazał mi oznaczyć naszą pozycję zielonym granatem dymnym. Wspiąłem się na szczyt bunkra i zamocowałem znacznik. Kule dosłownie mijały mnie o centymetry.

    Znów pojawił się ten pieprzony Panzer. Nie zabawił długo. Po chwili przyleciało wsparcie z powietrza. Cóż to był za widok! Samoloty majestatycznie zniżyły pułap, i w jednym locie nurkowym wyeliminowały niemieckie bunkry i czołg! Zataczały koło przez kilka minut, kosząc ze swoich działek kryjących się Niemców.

    Zaraz po nich na pole walki wkroczyła piechota z Omaha! Kolumna czołgów z żołnierzami na pancerzach z rykiem wdarła się na niemieckie tyły. Wróg był kompletnie zaskoczony tak zmasowanym kontrnatarciem.

    Poczułem, jak coś ściska mnie za gardło, łzy same napłynęły do oczu. To była cudowna chwila! Breaburn skakał z radości, Hagerty zaczął robić nacięcia na kolbie, a sierżant Randall wyskoczył na spotkanie nadciągającym chłopcom. Szkopy się wycofały.

    Nagle przypomniałem sobie o moich przyjaciołach- McCloskey’im i Garcia’i. Byłem zagubiony, nie miałem jakichkolwiek wiadomości o nich. Bałem się, że być może nigdy ich już nie zobaczę, zginęli, a ja nie byłem w tej chwili w pobliżu. Dzięki Bogu parę godzin później spotkałem McCloskey’iego się na pobliskiej farmie. Nie poznałem go. Na jego twarzy pojawiły się zmarszczki, oczy miał takie… puste, obojętne. Cały się trząsł. Padliśmy sobie w ramiona. Dowiedziałem się, że Garcia przeżył, lecz został przeniesiony na leczenie psychiatryczne. Kolejna ofiara tej pieprzonej wojny. Na szczęście ten koszmar już się zakończył.

    Od kapelana 1. Dywizji piechoty dowiedziałem się, że podczas lądowania zginął Martin Aldworth- brat Joe’a. Wdowa Aldworth dostała obydwa telegramy tego samego dnia…

    Następnego dnia zostaliśmy odesłani do Grandcamp-Maisy w zachodniej Normandii na odpoczynek i uzupełnienie strat. Odbyła się msza za poległych… Aldworth… Davis… Barb… Benett Walton Rice Coolier Walton McKnight Wszyscy w ciszy wspominaliśmy poległych.

    Jeszcze przez dwa tygodnie nie mogłem się pozbierać po utracie kolegów.

    Niedługo znowu mieliśmy trafić na front. Nienawidzę tej myśli, że znów muszę tam wrócić.

Kapral Bill Taylor,
Kompania Dog, 2. batalion rangers.

Dla FkCoD Site przygotował mch90