Bitwa o Pointe du Hoc – z przebiegiem z Call of Duty 2

przez | 26/03/2011
5 czerwiec 1944 rok

    Nasz 2. batalion rangers otrzymał jedno z najtrudniejszych zadań Dnia D. Mieliśmy uciszyć leżącą na pionowym klifie zwanym Pointe du Hoc baterie dział 155 mm- dział tak potężnych, ze mogłyby zmasakrować aliantów lądujących na sąsiednich plażach obdarzonych kryptonimami Utah i Omaha. Cholera, liczyliśmy się z dużymi stratami. Sierżant Randall mówił nawet, ze straty wynosić będą nawet 60% ogółu, jeżeli bombardowanie z morza nie unieszkodliwi tych cholernych dział… Boże Święty, tak bardzo pragnąłem, by nasi artylerzyści nie spaprali roboty. W każdym bądź razie ja i McCloskey nie oczekiwaliśmy, że natarcie będzie spacerkiem. Sierżant powiedział na zakończenie: „ktokolwiek wejdzie na ten klif żywy, tego przedstawię do medalu”.
Niedługo potem załadowano nas na barki desantowe. Rozpoczęła się męcząca podróż przez wzburzone morze, w stronę klifów Pointe du Hoc…

6 czerwiec 1944 rok

    Byliśmy już niecałą milę od urwisk francuskich. Wszyscy czuliśmy się paskudnie po przeprawie przez morze. Szeregowy Breaburn obok mnie, pamiętam, zarzygał całą stalową podłogę naszej barki. Jezu, nie mam pojęcia co ten chłopak jadł na okręcie.

    Byliśmy już kilkaset metrów od ścian skalnych. Niemieckie kule zaczęły rykoszetować o burty naszej barki. Wszyscy odruchowo się skuliliśmy na tyle, na ile pozwalało na to miejsce, czyli niewiele. Podniecenie rosło, adrenalina skoczyła nam do maksimum. Wszyscy czuliśmy ten strach przesiąknięty odorem wymiocin i przepoconych ciał, a zarazem paliliśmy się do zabijania Szkopów. Jesteśmy rangers! Nie możemy zawieść!

    Chwilę potem plutonowy Scott stojący przed McCloskey’im osunął się na dno barki. Dostał kulę między oczy. To był pierwszy trup jakiego ujrzałem, którego nie zapomniałem do dziś, mimo mojej długiej i nierzadko niezbyt chlubnej służby w batalionie rangers. Coraz bardziej nasilał się odgłos niemieckich karabinów maszynowych. Przerażenie malowało się nam na twarzach. Ostatnie słowa sierżanta Randalla brzmiały: „Bóg z wami!”.

    Poczułem nagłe szarpnięcie. Klapa barki opuściła się i rangersi z mojego plutonu jak oszaleli rzucili się w kierunku klifu. Gdy przyszła moja kolej ruszyłem za resztą. Była to jedyna droga dająca szansę przeżycia, choć szansa ta była niewielka.

    Nagle upadł pocisk. Upadłem. Byłem w szoku, uderzenie ogłuszyło mnie na dobrych kilka minut. Nie wiedziałem co się dzieje, nie chciałem umierać. Następnie spojrzałem się w moją prawą stronę. To barka trzeciego plutonu dostała centralnie pociskiem moździerzowym. Porozrywane ciała, szamotający, palący się ludzie. Tyle z nich zostało. W tym momencie poczułem, że ktoś mnie podnosi. Nie wiem, kim był. Nigdy nie zapomnę, jak na własnych barkach zaniósł mnie pod sam klif. Medyk niosący rannego za nami nie miał takiego szczęścia. Skosiła go seria z niemieckiego pistoletu maszynowego. Cholera, miałem wrażenie, że przez cały dzień inwazji czuwała nade mną jakaś boska opatrzność. On…postawił mnie na nogi, poklepał po ramieniu i odszedł do swoich… Nigdy więcej go nie widziałem, słyszałem, że zginął jeszcze tego samego dnia.

    Klif robił piorunujące wrażenie. Na oko dziesięciometrowa ściana skalna z której zasypywali nas gradem kul Szkopy, i którą mieliśmy zdobyć w przeciągu 30 minut. Było w tym ataku coś dzikiego, szalonego. Raz po raz przelatywały z hukiem rakiety, niosące za sobą liny z kotwiczkami, Tu i tam, na szczycie urwiska ukazywali się nagle Niemcy, rzucając w dół granaty, bądź strzelając z pistoletów maszynowych. Starając się unikać granatów i trzymając się blisko klifu starałem się doszukać znajomych twarzy. W końcu znalazłem sierżanta Randalla. Dookoła widziałem trupy rangersów wymieszane z trupami Krautów, którzy spadli z urwiska. Na szczyt miałem się dostać za pomocą liny wystrzelonej z barki desantowej. Wiązało się to ze sporym niebezpieczeństwem. Niemcy z lubością przecinali liny bądź zrzucali z nich naszych chłopców. Niemiecka seria z MG-42 wyrwała mnie z zamyślenia. Zacząłem się wspinać. Z góry widziałem pokrytą lejami po pociskach plażę.

    W trakcje mojej wspinaczki byłem świadkiem pewnej piorunującej sceny. Blisko szczytu klifu pobliski wybuch zrzucił szeregowego Davisa ze skały, a wraz z nim wspinającego się przede mną sierżanta Steina. Rozległy się dzikie wrzaski opadających w dół rangersów. Tego upadku nie mogli przeżyć.

    Udało mi się dostać na szczyt. To, co zobaczyłem przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Ziemia była tak zryta pociskami, że wyglądała jak kratery na księżycu. Wszędzie panowało piekło. Amerykańscy chłopcy z trudem przedzierali się przez liczne okopy, transzeje, gniazda karabinów maszynowych i betonowe bunkry. Pierwszego spotkałem Breaburna. Dobry chłopak, jemu tez udało się przeżyć! Zaraz za mną pojawił się sierżant Randall tylko po to, by usłyszeć, ze dział wcale nie ma na Pointe du Hoc. Faktycznie, nie było ich! Kurwa mac! Za to wszystko przelewaliśmy swoja krew! Nic to. Mimo tego rozkaz brzmiał jasno- zdobyć Pointe du Hoc. Ruszyłem w stronę ubłoconych okopów. Przesiąknięta wodą ziemia, latające nad głową kule i obecność szkopów nie poprawiły mojego nastroju ogólnego przybicia i złości. Złości na tych, co nas wpakowali w to gówno. Idąc wzdłuż transzei dołączyłem do dwóch rangersów przebijających się do pobliskiego bunkra. Po drodze spotykaliśmy pojedynczych desperacko biegnących rangersów, a także żołnierzy niemieckich. Strzelaliśmy do nich bez litości. Do dzisiaj nie czuję się winny za to, co zrobiłem. Takie to były czasy, gdzie nie było miejsca na kompromis. Albo ty, albo on…

    W pewnym momencie zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Niemcy przycisnęli nas ogniem z dwóch stron. Na dodatek przestrzeń ostrzeliwywało niemieckie działko przeciwlotnicze, bo ja wiem, jakiś Flakpanzer, skierowane przeciwko nam. Nie wiecie co takiego może zrobić człowiekowi ów działko? A ja wam powiem. Z odległości kilkuset metrów z łatwością przebija kilkucentymetrowej grubości zasłonę z drewna i jest jeszcze w stanie odstrzelić człowiekowi nogę w kolanie, lub przebić na wylot czaszkę. Nasi chłopcy potocznie zwali je „maszynkami do mięsa”.

    Całe szczęście plutonowy z mojej prawej zachował trzeźwość umysłu. Sprawnie rzucone granaty dymne kompletnie zdezorientowały niemieckie obsługi karabinów maszynowych. Wykorzystując tą chwilę zamieszania wraz z moją małą drużyną wzięliśmy szturmem niemiecki bunkier. Pamiętam chłopaka, którego zabiłem. Miał na oko 16 lat. Sukinsyny. Jak można brać takich gnoi na linię frontu? To był jeden z tych przykładów „chwalebnej śmierci na polu walki za Rzeszę, za Fuhrera” jaką wkuwają dzieciakom w Hitlerjugend. Natychmiast zaczęły się problemy- Niemcy po utracie bunkra przystąpili do kontrataku. Nie byliśmy w stanie się skutecznie bronić, była nas zaledwie trójka. Całe szczęście, zaraz potem nadbiegł z flanki oddział z mojej kompanii. Odparliśmy Niemców. McCloskey, Breaburn, Garcia! Cholernie się ucieszyłem na ich widok! Po śmierci Scotta i Davisa czarno widziałem naszą przyszłość. Po połączeniu sił chęć do walki znowu we mnie odżyła.

    Wszyscy skryliśmy się w leju po pocisku niedaleko żywopłotów. Wezwaliśmy wsparcie artyleryjskie. Chwilę potem cała okolica zagrzmiała od wybuchów pocisków okrętowych. Działko jak i wiele innych, zostały uciszone na dobre. Kolejnym naszym celem było przebicie się do głównej drogi przez jakąś mała mieścinę, której nazwy już dawno nie pamiętam. Niemcy stawili silny opór. Sukcesywnie przedzieraliśmy się przez kolejne domy i ulice, aż do pobliskich pól. Tam po krótkiej wymianie ognia z niemieckim transporterem opancerzonym dostaliśmy się do drogi. Na miejscu nasz oddział dołączył do reszty kompanii, która już w tym czasie zabezpieczała ulicę. Teraz trzeba było wysłać tylko patrol w celu rozpoznania okolicznych terenów i ewentualnie zlokalizowania wroga. Wysłano mnie i sierżanta Randalla. Razem ruszyliśmy przez zawaloną wrakami, zdechłymi krowami i śmieciami wiejską drogę. Dotarliśmy na miejsce i… i własnym oczom nie mogłem uwierzyć. Znaleźliśmy te cholerne działa! Obok nich znajdowały się piramidy amunicji i, co najdziwniejsze ani śladu obsługi! Sierżant Randall powiedział, ze prawdopodobnie nikt ani razu nie wystrzelił z tych dział. Czym prędzej wysadziliśmy całą baterię ładunkami termitowymi i wróciliśmy na miejsce zbiórki. Okazało się, ze na Pointe du Hoc Niemcy zdołali się otrząsnąć i znów stawili silny opór.

    Po raz kolejny byliśmy zmuszeni przedzierać się przez te same bezimienne pola i wioskę, w której życie stracił nasz kaemista, szeregowy Joe Aldworth. Joe do końca osłaniał nasz przemarsz biorąc na swoje barki główne siły niemieckie. Poległ broniąc się do ostatniego naboju. Był jednym z niewielu, którzy zasłużyli na miano rangersa.

    Opór na klifie przerósł nasze przypuszczenia. Niemcy zdołali zorganizować potężną obronę na prawej flance Pointe du Hoc, całkowicie zatrzymując natarcie kolejnych kompanii rangersów. Krajobraz coraz mniej przypominał zieloną Normandię. Mimo silnego ostrzału nasz inżynier zdołał wysadzić bramę i utorować nam drogę na pozycje przeciwnika. Po koleji sukcesywnie czyściliśmy kolejne bunkry i punkty oporu Niemców. Straty były wysokie. Nasza kompania wykruszała się z minuty na minutę. Mieliśmy ciężką przeprawę, Szkopy biły się z fanatyczną zaciętością. Po kilkunastominutowych walkach ostatni bunkier został zdobyty przez Breaburna i Garcie. Pointe du Hoc był nasz.

    Sierżant Randall nadał komunikat do dowództwa: „misja wykonana. Potrzebujemy amunicji i uzupełnień. Koniec”. Bitwa dobiegła końca. Garcia się popłakał- za dużo dziś widział. Blisko połowa mojej kompanii straciła życie w daremnym ataku na działa, których nigdy nie było…

Kapral Bill Taylor,
Kompania Dog, 2. batalion rangers.

Dla FkCoD Site przygotował mch90

Dodaj komentarz