Bitwa o Normandię (z przebiegiem z Call of Duty) część II


    Rano obudziłem się w złym humorze. Zanim ugasiliśmy wioskę i zrobiliśmy co trzeba, była już czwarta nad ranem. W magazynie brakło miejsca i musieliśmy spać na drodze. Obudził mnie o dziesiątej ostrzał moździerzowy… Niby normalka. Po problemie Foley przywitał gorąco spadające z nieba posiłki. Znajome ziomki z kompanii A! Moody, Linx, Hardbrooks i… Tom! Tom Elder we własnej osobie.

-Siemano braciszku! Zajęło ci to dużo czasu. – krzyknąłem do niego.
-Pilot nie znalazł strefy lądowania, więc wróciliśmy do bazy. Niezła robota. Ta wioska była świetnie strzeżona – odpowiedział mi.
-A wywiad twierdził, że to bułeczka.
-Tak samo jak na Omaha. O matulu, co za rzeź… Widziałem to z samolotu.
-Możliwe…
-To wy nic nie wiecie?
-Nie mamy radia.
-No to wdepnęliśmy w śmierdzące gówno…
-Wstawać! Do budynków! Niemcy niosą nam kawę! – krzyczał Moody po wznowieniu ostrzału.

W środku:

-Tyle? Coś tu śmierdzi. – odezwał się ktoś.
-Poprzedni atak miał nas zmiękczyć i zawrzeć do obrony. Teraz niby daliśmy sobie spokój, a nagle drugi ostrzał i zaraz potem czynny atak. Totalne zaskoczenie. Ale my też jesteśmy elitą, nie zapominajcie o tym! – przekazał nam Foley – Gump, idź na zwiad. – mówił dalej.
Gość ledwo wychylił się i już dostał.
-Szlag by to! Dostali go! Martin, czołg!!! Weź panzerfaust z kościoła i przywal mu raz a dobrze!

Pobiegłem do kościoła. Stanął przede mną niemiecki oficer. Na tym dystansie z półautomatem nie miałem szans. Chłopak, któremu uratowałem wczoraj życie, spłacił swój dług. Rzucił we Szwaba nożem. Podniosłem panzerfaust. Czekała mnie ciężka przeprawa. Nikt nie dawał mi osłony. Dziwię się, dlaczego stu Szkopów nie zwróciło na mnie uwagi w jednym memencie. To byłaby śmierć.

Po zniszczeniu Tygrysa okazało się, że południowy kraniec wioski należy do Niemców. Odzyskaliśmy go walcząc wspólnie. Dopiero teraz zorientowałem się, że tak mały oddział jak kampania A i niedobitki kompanii B, D i F, gdy ich żołnierze są zjednoczeni, potrafi być tak silny, że dzisiaj obeszło się bez strat, oprócz tego biedaka Gumpa. Tego wieczora Foley miał wyjątkowo luźną twarz. Musiał napisać tylko dwa listy… Dwa, bo Dikson, który stał pod drugim czołgiem, został przez niego przejechany. Makabryczny widok. Większość niemieckich załóg trzyma się kodeksu honorowego i nie stosuję tego typu metod eksterminacji. Ci jednak byli wyjątkowo zagorzałymi faszystami.

Musiałem uciekać przez domy. Czołg rozwalał mur z murem. Po wyjściu na ulicę podbiegłem tuż pod niego. Karabin maszynowy mało mnie nie dosięgną. Poczułem, jak kula przebija hełm i ociera się o moją głowę. Do dzisiaj wydaję mi się to snem. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Drugi pancerfaust podał mi kolega. Po sprawie.

Ostatnim atakiem zająłem się z pomocą KM-u. Niemcy nacierali przez cmentarz. Starałem się nie zniszczyć nagrobków. Na wszelki wypadek, spisałem nazwiska wczoraj w nocy. Jestem jedynym wierzącym w kompanii. Ludziska patrzyli się więc na mnie kątem oka jeszcze jakiś czas. Lista się nie przydała, dzięki Bogu.

Potem przeszliśmy do kontrataku. Moody granatem rozwalił ostatni czołg. Szeregowy Parker zlokalizował stanowisko moździerzy. Zaatakowaliśmy je jednym tchem, a ja osłaniałem ze snajperki. Foley zawsze cenił sobie systematyczność ataku. I to działa zawsze.

-Martin wsiadaj! – usłyszałem, kiedy już szykowałem się do patrolu.

Z garażu wyjechał samochodzik. Ładny, może kiedyś taki sobie kupie;). Wsiadłem do środka. Był tam mój brat i Moody.

-Okej, załóżmy, że dotrę w tej francuskiej konserwie do bazy w jednym kawałku, co mam zrobić? – spytał Moody.
-Dostarczyć te plany majorowi Scheppardowi do rąk własnych. Macie powiedzieć, że jeszcze żyjemy, ale nie wytrzymamy długo bez wsparcia. – odpowiedział mu Foley.
-Coś jeszcze?
-Nie, jeśli nie macie lepszego pomysłu, lub działającego radia, to możecie już jechać.
-Dobrze, już bierzemy się do roboty!
-Nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłem! – narzekał z tyłu Tom.
-Zgłosiłeś się na ochotnika, nie pamiętasz? Zostajecie tu, chyba że macie skrzydła i odfruniecie. A teraz zamknijcie się i róbcie co każę – powiedział ostro Moody.

No to pojechaliśmy…

Jechaliśmy z zawrotną jak na tamte czasy prędkością. Była to droga N7 – główna autostrada półwyspu. Długo więc spokoju nie było. Najpierw załoga 88. Granatem sprzątnąłem ich i działo. Kłopoty zaczęły się przy blokadzie. Skąd dranie o nas wiedzieli? Kilka kul rozbiło tylną lampę, ale żadna nie przedostała się do środka. To się nazywa przedwojenna jakość.

Zjechaliśmy w bok.

-Adios, amigos! – krzyknął do Szwaba swoim grubym głosem Moody.

Zobaczyłem mały, ale niechętny uśmiech, którego przyćmiewał strach na twarzy Toma. Na drugiej drodze jechał konwój… Na milimetry przejechaliśmy pomiędzy Blitzami.

-Co pan do cholery robi, sir?! – wrzeszczał Tom.

-Jeszcze nie wiem, mam nadzieję, że to zadziała. – odpowiedział spokojnie Moody.
Ciężarówki się zatrzymały. Wyskoczyli z nich Szwaby. Za nami pojechały dwa Kubelwageny. Rzuciłem przed nas granat. Moody, jak zawsze był twardzielem, tak teraz krzyczał jak dziecko. Tymczasem przejechaliśmy nad granatem, który wysadził Kubelwagena za nami. Drugiemu przestrzeliłem opony. Bezradnie wpadł na drzewo. Drugą blokadę minęliśmy raz dwa, ale w mieście zaczęły się problemy. Grasował tu czołg. Zdesperowani schroniliśmy się w ślepej uliczce. Załoga Tygrysa była tak napalona na rozwalenie nas, że potrąciła Kubelwagena. Ja skuliłem się, Tom był blady jak ściana. Moody zaś walną w niemiecki pojazd, a wybuch unieruchomił Tygrysa. Ja schowanym do auta pancerfaustem zniszczyłem go raz a dobrze. My jednak też musieliśmy kończyć na piechtę.

-A niech to, to jakieś szaleństwo! – dalej narzekał Tom.
-Ciesz się, że jeszcze żyjemy! Zamknij się i walcz dalej – zaproponował Moody.

Ja nie odezwałem się ani razu. Jakoś nie miałem nastroju. Po oczyszczeniu kilku budynków, zobaczyliśmy garaż. Więc jest jeszcze nadzieja!

-Umiesz kraść samochody? – spytał Moody.
-Tylko kiedy muszę, sir! – odpowiedział Tom.
-Martin, łap z ten MG42 i osłaniaj nas! A ty Tom uruchom ten złom! – krzyczał Moody widząc nadchodzących wrogów.

Przy karabinie dawałem z siebie wszystko. Miałem okazję takiego wypróbować na szkoleniu.

-Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – szeptał Tom.

-Bóg jest zajęty, to twoje zadanie! – odpowiedział Moody.
-Tak, tak! O mój Boże, on działa! – cieszył się mój braciszek.
-Dobra, dobra, nie zwalaj tego na mnie… Martin, chodź tu! – zawołał dowódca.
Wsiadłem. Strzelałem do wszystkiego i we wszystkich. Kubelwageny są bez dachu, a więc miałem czyste pole strzeleckie. Po wyjeździe z miasta, Moody rzekł:

-Dobra jesteśmy za liniami wroga, możesz zwolnić.

Mimo to, nic się nie działo. Raz o mało nie wypadliśmy z zakrętu.

-Powiedziałem, że możecie zwolnić, Elder! – krzyknął głośniej.
-Och, tak. Przepraszam sir, już zwalniam. – powiedział Tom i znów wlekliśmy się jak nie wiem co.
-W lewo, teraz!
-Tak, racja. Racja.

Ze skrzyżowania widać było sztab. Dotarliśmy! Ale fuks! Naprawdę w to nie wierzyłem. Na wszelki wypadek wystrzeliłem trzy razy z pistoletu – nasz znak. Zaparkowaliśmy i od razu przywitali nas gorąco.

-Zaniosę te papiery i wrócę, wy czekajcie na mnie! – uciął krótko Moody.
-Jasne, sir. A niby co innego miałbym robić? – bardziej stwierdził niż spytał Tom.

Położyłem mu rękę na ramieniu i poklepałem po plecach. On jednak nie zwrócił na to uwagi. Nie było nam do śmiechu. Nawet mały skurcz nie wczołgał mi się na twarz, mimo że jeden gość z obstawy potknął się na płaskim i zaliczył błotnistą kałuże. Nikt się nie śmiał. Nikt.

Dla FkCoD.pl opracował:
Marcin Więckowski z Ustrzyk Dolnych