Bitwa o Normandię (z przebiegiem z Call of Duty) część I

przez | 26/03/2011

    Nazywam się Martin Elder. Służę w 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Mój brat – Tom Elder – jest w tej samej jednostce. Dobrze jest mieć przy sobie kogoś bliskiego, gdy tak dostaje się w kość na szkoleniu. Czasami można zapomnieć, że my i nasi dowódcy jesteśmy sojusznikami. A co najgorsze, mówią, że w naszej kompani jest jak w siódmym niebie, w porównaniu z innymi. Jeden gość, któremu nic się nie chciało, został przeniesiony na dwa dni. Po powrocie błagał na kolanach, aby mógł do nas wrócić.

Jest 1 czerwca ’44. Niedługo zobaczę prawdziwą wojnę. Z prawdziwymi przeciwnikami, prawdziwą krwią… i w prawdziwym piekle. Jestem na szkoleniu już miesiąc. To kurs przyśpieszony, jeszcze niedawno byłem zwykłym cywilem. Zgłosiłem się na ochotnika. Cały czas tylko bez sensu biegamy, a na to, co najważniejsze i najprzyjemniejsze, czyli obsługę broni, poświęcili „aż” pół godziny. Jutro będę w Anglii, a stamtąd naszą Dakotą polecę do Francji. Mam bronić prawej flanki plaży Utah, na której nastąpi główny desant. Trochę żałowałem, że nie wyląduje na plażach, ale wkrótce się z tym pogodziłem. W końcu, gdyby ta akcja zakończyła się niepowodzeniem, cały desant też poniósłby fiasko, a kto wie, może nawet cała wojna byłaby przegrana. Teoria, że Niemcy chcą produkować broń atomową, szerzy się coraz bardziej. Francja, teoretycznie niedostępna, jest idealnym miejscem na bazę. Jeśli nie, to na pewno takowe znajdują się w III Rzeszy. Natarcie trzeba więc wysunąć szybko, aby wróg został zniszczony bez zadrapania na naszej skórze.

5 czerwca. Jestem na pokładzie samolotu. Jest tu bardzo spokojnie, lecę sam. Zwiadowca jednostki, sierżant Hearth, nie dał znaku życia już jakiś czas. Ja będę drugim, który wyląduje i sprawdzi, co się stało. Gdy przelatywałem nad plażą, jeszcze raz powiedziałem sobie, że nie ma co żałować. Mam tak samo trudne zadanie. Dziwne, przez tyle czasu Niemcy nie otworzyli ognia. Na pokładzie panowała cisza. Kilka czerwonych lampek tworzyło „romantyczny” nastrój. Za delikatnie powiewającą zasłonką siedzieli dwaj piloci. Jeden z nich czytał medyczną gazetę. To jego pasja. Dziwne, dlaczego nie zastał lekarzem. Jakoś jednak nie miałem ochoty go oto pytać. To błahostka. Potem żartowali sobie, opowiadali wieści z ich rodzinnych stanów, gadali o myszce Micki… Walczyli już w Afryce i na Sycylii, więc powinni być bardziej poważni. A ja nowicjusz, jakoś nie palę się do walki jak dzieciak. Zdaję sobie sprawę z tego, co zaraz może mnie spotkać. Nie mogłem usiedzieć na jednym miejscu. Z niepokojem patrzyłem na zegarek. Jest już minuta północy. To już szósty czerwca.

-Martin, szykuj się! – usłyszałem z kabiny. Piloci nagle spoważnieli.
Sprawdziłem broń, ładownice, czy wszystko jest w plecaku. Rozprostowałem nogi i zająłem pozycję.
-Otwieraj drzwi. Schodzimy niżej – powiedział pilot.
Pęd powietrza na zewnątrz niemal pozbawił mnie głowy. Jeszcze nigdy nie skakałem.
-Pamiętaj Martin, masz znaleźć Heartha i ustawić nadajnik, no chyba że on sam zechce inaczej. Nie zabijaj wszystkich, którzy wejdą ci pod lufę dopóki nie nastąpi główny zrzut. I… uważaj na siebie.
-Dzięki! – odpowiedziałem bez przekonania.
Dobra. Skaczesz za… 5, 4, 3, 2, 1, SKACZ!
Zamknąłem oczy i wyskoczyłem. Przyjemne to nie było. O lądowaniu nie wspomnę. Leżałem chwilę jak dziecko i patrzyłem na odlatujący samolot. Pocałowałem ziemię i spakowałem kawałek do plecaka. Obok była willa. Chciałem ją sprawdzić.

Powoli podchodziłem w kucki. Zobaczyłem Niemca… Zacząłem się nagle trząść. Próbowałem się powstrzymać. Nie przeżywałem nic oryginalnego. Bałem się. Szwab się odwrócił. Patrzył na mnie z oczami wielkimi jak spodki. Krzyknął „Achtung!”. Nagle głośny strzał. O nie. Myślałem, że nie żyję. Niemiec padł. Więc to ja strzeliłem. Nie wierzyłem, że zabiłem człowieka. Nie miałem jednak wyboru, ani żadnych wyrzutów sumienia. Chciałem przeszukać ten dom. Nie było w nim nikogo. Znalazłem jednak list. Przydała się moja znajomość francuskiego.

„Paul. To nie ma dłużej sensu. Niemcy wiedzą już, że niedługo nastąpi desant. Cisnął nas jeszcze bardziej. Albo zabiją mnie oni, albo Amerykanie. Muszę się zabić. Żegnaj. Monique.”

Spojrzałem w las. Przed drzewami lała się kałuża krwi… Kląłem jak szewc. Niewinni ludzie muszą sobie odbierać życie. Straszne. Dobrze, że zabiłem tego Niemca, który pozwolił jej to zrobić.

Ale nadal nie wykonałem zadania. Poszedłem lasem. Zobaczyłem kawałek amerykańskiego munduru. To Hearth. Martwy… Wisiał zawieszony na drzewie. Źle wylądował. Nie mogłem pozwolić mu tak zostać. Odciąłem nożem liny i położyłem go pod gałęziami. Byłem okropnie zawiedziony, ale był w tym pierwiastek radości. To moja stopa jako pierwsza dotknęła francuskiej ziemi po ewakuacji z Dunkierki w 1940. Na ziemi leżał nadajnik. Podniosłem go i podszedłem do bunkra. Ostrożnie wyrzuciłem granat. Okropny krzyk. W środku nie było nic ciekawego. Za budynkiem natomiast pusta polana. Idealna do lądowania. Ustawiłem urządzenie. I nic… Co teraz? Radiostacja w bunkrze. No właśnie. Załatwiłem ją jednym strzałem. I wtedy się zaczęło. Syreny alarmowe wyły jak oszalałe. Po drodze jechał szwabski konwój. Na niebie zaroiło się od naszych.

-Ruszać dupy! Zdobyć placówkę! Go, go, go!– krzyczał ktoś.

Ruszyłem z całym impetem na domy. CKM uniemożliwiał nam jakikolwiek ruch. Uratowała nas bomba. W środku zachowywałem się jak prawdziwy, zaprawiony w boju żołnierz. Szybko wykonaliśmy swoje zadanie, ale ze stratami. Foley był jedynym którego poznałem. Reszta była z innych kompanii. Okop, który mieliśmy za sobą prowadził w same centrum miasta.

Odpoczywaliśmy w okopie. Nikt nie miał ran. Zjedliśmy kanapki i napiliśmy się wody. Przedstawiliśmy się sobie. Jonesowi zaciął się karabin. Foley stwierdził, że nie da się tego naprawić. Musiał się więc przestawić na niemieckiego Schmeismera. Ja w świetle lampy naftowej pisałem wpis w pamiętniku i list do Jenny – mojej dziewczyny. Nigdy go nie wysłałem. Pokazałem jej po powrocie. Nie wiem dlaczego jeszcze nie ruszaliśmy. Foley patrzył się w bezradnie padające samoloty. Czy on zapomniał, że ta sprawa nie może czekać? Po kilku minutach kazał nam wstawać.

-Podchodzimy przez wąskie pole z polami minowymi po bokach. Potem oczyszczamy pierwsze budynki i atakujemy przez dróżkę. Dalej jest cmentarz i pierwsze działko. Możemy atakować przez kościół na samo centrum, albo przez południową część wioski. Wybieramy to drugie, rozwalamy kolejne działo, a potem przez budyneczki na główną drogę. Jeśli pójdzie dobrze, wróg zostanie okrążony. Pamiętajcie, że to elita. Falschmirm. Nie decydujcie się więc na głupie ruchy. Go, go, go!

Poczułem się jak na szkoleniu. Trzeba było przeskoczyć kilka przeszkód. Nie wiadomo skąd, nagle ziemia zaczęła wybuchać. Moździerze. Przeklinam je! Nienawidzę tej broni. Z okien zaczął pruć CKM. Zamknąłem oczy i czekałem na cud. Arta ustała. Co za ulga! Trzema strzałami… zdjąłem strzelca! Samotny piechur zniszczył CKM od frontu! Do dzisiaj nie wiem, jak to zrobiłem. Był jeszcze karabin maszynowy na placyku i na parterze. Jeden z moich kolegów poradził sobie z nimi granatami. W środku nadal był Szwab, którego zabiłem odrzuconym granatem. Tak właściwie, to dziabnąłem. Na górze wypchnąłem go przez okno. Niestety, spadł na jednego z naszych. Jeszcze kilka lat temu miałem z tego wyrzuty sumienia. Ratusz wyzwoliłem samotnie. Pamiętam, jak skoczyłem przez ogień i nic mi się nie stało.

Odpłaciłem za moją pomyłkę. Przed chwilą zabiłem sojusznika. Teraz go uratowałem. Zobaczyłem transportem i krzyknąłem „Stój!” do Pattona(nie do tego, którym myślicie). Kosztowało mnie to postrzał w ramię. Nie chciałem, aby mnie opatrywali. Walczyłem dalej. Rzuciłem kilka granatów do budynku, a potem przybiegłem do niego z Nicolsonem. Oczyściłem go i pobiegłem na cmentarz. KM strzelał do nas z daleka, a mimo to oczyszczałem każdy milimetr. Strzelca zabił sam Foley. Z kościoła miałem idealny widok na działko p-lot. Rzuciłem na nie granat, a drugi na obstawę. Wysadziłem grata w powietrze. Potem następnego. Problem zaczął się w centrum. Podzieliliśmy się na grupy. Jedna walczyła z wrogiem na południu, druga uderzyła na stanowisko, a trzecia ubezpieczała. Akcja zakończona powodzeniem!

-Okej, odpocznijcie, ale słuchajcie uważnie. Walczyliście dzielnie, ale to tylko mała wioska, a w wojnie takich jest wiele, więc nasza praca dopiero się zaczęła. Ci, którzy pierwszy raz byli w boju, witajcie w wielkim czasie. Ci, którzy już walczyli, uwierzcie mi, jeszcze niczego nie widzieliście. Ciała ułożymy w tej stodole i pochowamy po otrzymaniu posiłków, albo przetransportujemy do Stanów. Znieście tu porozrzucaną broń. KM-y rozstawimy na nowo, a broń i amunicje będziemy składować tutaj. Potem idziemy do wyrka. Na pewno wszyscy jesteście padnięci. Do roboty!

Dla FkCoD.pl opracował:
Marcin Więckowski z Ustrzyk Dolnych

Dodaj komentarz