Recenzja Call of Duty: World at War


    Seria Call of Duty, przez wielu uważana jest za najlepszy cykl gier FPS poświęconych drugiej wojnie światowej (pomijając część czwartą, równie udaną), doczekała się kolejnej kontynuacji zatytułowanej Call of Duty World at War. Za przygotowanie gry tym razem odpowiadało studio Treyarch, które dotychczas zajmowało się tylko i wyłącznie wersjami na konsole. Twórcy postanowili wrócić do drugiej wojny światowej. W odróżnieniu od poprzednich części przygotowano tylko dwie kampanie, rosyjską i amerykańską. Ta pierwsza toczy się w Stalingradzie, oraz Berlinie i okolicach. Ta druga to swoiste novum w serii, kampania japońska (Okinawa, Atol Makin i inne wysepki). W grze zajdziemy około 15 misji plus ostatnia bonusowa o której później.

World at War to czwarta część wydana na komputery osobiste, więc nasuwa się pytanie czy seria nie zaczęła pożerać własnego ogona. W końcu ile można strzelać do Niemców. Modern Warfare wprowadziła nowe realia, doprawione w dodatku świetnym scenariuszem i została uznana za jeden z najlepszych o ile nie najlepszy FPS minionego roku. Zresztą mechanika w rozgrywki World at War została żywcem wzięta z poprzedniej części. Żeby nie trzymać dłużej w niepewności, napiszę od razu iż uważam Call of Duty World at War za najlepszą część serii z tych poświęconych walkom na frontach drugiej wojny światowej. Jest jeden z najbardziej sugestywnych obrazów wojny jakie mieliśmy okazje poznać do tej pory w grach FPS. Doświadczamy zresztą tego już od samego początku gry, gdy jako jeniec w rękach Japończyków oglądamy scenę znęcania się nad naszym współwięźniem. Dalej jest już tylko brudniej i bardziej brutalniej.

Pierwszy raz w serii pojawia się krew i nie jako obłok po trafieniu. Teraz po większej strzelaninie pozostanie ona na ścianach i podłodze ale także i na mundurach poległych żołnierzy. Dodatkowo jeśli użyliśmy granatów, nie powinien nas zdziwi widok oderwanych kończyn, a w przypadku większych eksplozji nawet przepołowionych ciał. O ile w innych grach tego typu sceny mogliśmy oglądać wcześniej, o tyle w serii Call of Duty jest to nowość, która nie jest wsadzona na siłę, tylko doskonale uzupełnia to co dzieje się na ekranie, a dzieje się niemało. Wiadomo że wojna w Japonii charakteryzowała się głównie zasadzkami Japończyków oraz walką na bliski dystans.

W grze doświadczamy jednego i drugiego. Dzięki genialnej umiejętności kamuflażu stosowanych przez skośnookich wrogów, nie raz zostaniemy zaskoczeni szybką szarżą która prawie zawsze przerodzi się w walkę na bagnety. Jeżeli nie będziemy dostatecznie szybcy zostaniemy powaleni na ziemie i będziemy mieli tylko chwile na obronienie się. W innym przypadku ostatnim widokiem będzie widok Japończyka wbijającego bagnet w nasza pierś. Gdy jednak wykażemy się refleksem, głęboko spojrzymy w oczy przeciwnika po czym wbijemy mu nóż w szyję.

    Do naszych rąk oddano wszystkie bronie których używały obie strony w tym rejonie konfliktu, włącznie z miotaczem ognia. Ten ma nielimitowana amunicję, jednak jeżeli będziemy za długo ziać ogniem, sprzęt nam się przegrzeje i będziemy musieli chwilę odczekać aż ostygnie. Na bliski dystans broń ta prezentuje przerażająca skuteczność. Kilka powyższych zdań charakteryzuje pokrótce całą kampanię amerykańską, która moim zdaniem jest dużo lepsza od kampanii rosyjskiej. Ta druga rozpoczyna się sceną żywcem wyjęta z filmu "Wróg u bram". Leżymy w fontannie pełnej trupów i widzimy jak Niemcy dobijają tych którzy przeżyli bądź strzelają tak na "wszelki wypadek". Gdy zagrożenie się oddala spotykamy innego rosyjskiego żołnierza, który przekazuje nam karabin snajperski. Dalej już chyba każdy wie co się wydarzy. Swoja drogą, zastanawiam się jakby wyglądała kampania rosyjska gdyby "Wróg u bram" nie powstał. Wracając do gry, nowo poznany towarzysz będzie nam towarzyszył aż do końca kampanii.

Z jego ust co chwilę usłyszymy że jesteśmy bohaterami i dajemy nadzieje oraz wiarę naszym żołnierzom. Szlak bojowy rozpoczniemy w Stalingradzie a zakończymy w Reichstagu (ta misją zresztą doskonale obrazuje ewolucję serii). Przez całą kampanię możemy odczuć nienawiść jaką pałali sowieci do faszystów. W pewnym momencie jednak zauważamy że tak naprawdę niczym nie różnimy się od przeciwnika. Dowodzą tego obrazki jakie widzimy w Berlinie, powieszeni Niemieccy żołnierze oraz brak litości dla tych którzy się poddali. W pewnym momencie od naszej decyzji będzie zależał los 3 żołnierzy. Jest to jeden z momentów które zapadają w pamięć i pozostają w niej po przejściu gry. Oprócz misji chodzonych są jeszcze dwie w których znajdujemy się raz w czołgu (kampania rosyjska) oraz samolocie (kampania amerykańska). Z tą pierwszą wiąże się zresztą jedyne chyba niemiłe wspomnienie. Otóż zmieniono nieco sterowanie czołgiem, które teraz jest dużo mniej intuicyjne i bardziej przeszkadza niż pomaga.

Do innych minusów CoD WaW można zaliczyć (znowu!) fakt iż cały tryb single możemy ukończyć w jedno popołudnie oraz kilka drobnych błędów. Są momenty gdy Japończycy jakby zapomnieli jak się strzela i tylko patrzą w naszą stronę. Po podejściu potrafią jednak zaatakować bagnetem. Na szczęście zdarza się to bardzo rzadko.

    Grafika prezentuje bardzo wysoki poziom, szczególnie w trakcie etapów rozgrywanych w deszczu. Nieco zmieniono styl muzyki. O ile wcześniej towarzyszyły nam głównie orkiestrowe dźwięki o nieco wyniosłym klimacie, tak teraz częściej słyszymy gitarę elektryczną. Muzyka dobrze uzupełnia to co się dzieje na ekranie lecz trochę nie pasuje do realiów. Tryb multi to właściwie kalka trybu z Modern Warfare, dopasowana tylko do realiów.

Ogólnie mówiąc, Call of Duty World at War to kolejny udany tytuł, który plasuje się zaraz za Modern Warfare, ale tylko dlatego iż czwarta część posiadała świetną fabułę czego o najnowszej części powiedzieć nie można. No i brakuje też Kapitana Price’a 😉

Dla FkCoD.pl opracował: Cichy